samoportret blog

Twój nowy blog

co robić

Brak komentarzy

Zawsze byłam dobra w podejmowaniu decyzji. Mam pewność, że do tej pory zmierzałam w najlepszym z możliwych kierunków, ale nagle nie wiem, co dalej zrobić. Wiem, gdzie widzę siebie za pięć lat, ale jak tam dotrzeć? Odnoszę wrażenie, że którąkolwiek drogę wybiorę, będę żałować. Znasz to uczucie?
Boję się zblazowania. Nie mogę wyzbyć się patrzenia z góry, bo inni, robiąc to, maskują się, a ja – choć umiem udawać – wolę mówić prosto w oczy. Od dzieciństwa gardzę dwulicowością. Czy zdrowiej jest zadzierać nosa?

Oczekiwanie

Brak komentarzy

Na lato wróciłam do rodzinnej wsi. Czekałam na wytchnienie, na samoskupienie, jednak dziś widzę, że nie miałam sobie samej tak wiele do zaoferowania. Jeśli do czegoś doszłam, to do samopoznania – samotność oferuje mi pewną przyjemność, jednak w chłodne popołudnia staje się nużąca – tęsknię do ludzi. Widzę swoje przyszłe życie jak na dłoni – największe z marzeń. Czuję, jak gdybym nie miała mniejszych: jakby dzisiejsze pragnienia były dużo bardziej złożone.
Brakuje mi jakichś wzruszeń, smaków, tańca – choćby w sobie. Tutaj, w mojej dziewiczej sypialni, jestem poza światem. Jedyne, co w niej nowe, to sukienki w szafie i książki na szafce nocnej. Czytam, aż bolą oczy. Co tydzień wyprawiam się do biblioteki po sześć nowych – więcej nie mieści mi się na koncie. Zawsze jedna z nich to baśń do czytania na głos Tomkowi w chmurne wieczory.

Fikcje

Brak komentarzy

My, młodzi zdolni z pogranicza tysiącleci, zmienimy świat. Wszyscy będziemy segregować śmieci, wszyscy urodzimy po dopiero skończeniu studiów i ustabilizowaniu kariery, wyprzemy stereotypy, ulepszymy rzeczywistość.
Gdy nastaną nasze czasy, nie będzie ulicznych korków i nikt nie będzie czytał FAKTu ani brał kredytów.
W naszych kuchniach nie będzie brudnych naczyń, w naszych garażach staną drogie samochody, mimo, że masowo będziemy uprawiać jogging. Wszyscy odniesiemy spektakularne sukcesy, każdy w swojej branży. Wszyscy będziemy smukli, dobrze ubrani i zadowoleni ze swojego życia seksualnego.
A nasze dzieci nie będą upośledzone – będą genialne, będą znały dwa języki plus migowy, wszyscy będziemy im puszczać Mozarta i czytać Stendhala.
A na emeryturze będziemy malować, pisać wiersze i rozmawiać o naturze rzeczywistości, niezdrowych ambicjach i budujących marzeniach.

W domu

Brak komentarzy

Wróciłam do rodzinnej wsi. Wreszcie mam czas na pisanie – tak, to brzmi dumnie. Dumnie brzmią słowa „nie miałam wolnej chwili, wciąż gdzieś biegałam. uczelnia, praca, kawa, randki, przyjaciółki, sesja”.
Dziwnie się czuję. Mieszkam w domu od dwóch tygodni, od tygodnia odczuwam coś na kształt spokojnej depresji, rezygnacji. W wolnych chwilach siedzę przy moim zachodnim oknie, słucham odzyskanej muzyki, staram się uwolnić od myślenia. Dziwnie rozżalona, płynę i grzeję się w nostalgii za stolicą. Mam wrażenie, jakby do mojej miejscowości – podwarszawskiej przecież, nie oddalonej od serca kraju – nie docierały żadne sygnały. Mam działający telefon i szybki Internet, dopiero co wróciłam z zakupami, a jednak czuję się dziwnie odizolowana, niezobowiązana.
Mam zaplanowane kolejne i jeszcze następne miesiące, a jednak, gdy tak wyłączam umysł i czuję na powiekach gasnące słońce, udaję, że nie wiem, co mnie czeka. Że mam do podjęcia jakieś decyzje.

sieć

Brak komentarzy

Jestem utkana ze zmysłów. Ja i moja symfonia odbierania, znam jej źródło – moja kobieca seksualność determinuje poznawanie. Wartościuję fragmenty rzeczywistości, brutalnie dzielę na podniecające i odstręczające. Nocami – jest po północy – przypatruję się. Dziś kształtnemu, pełnemu jabłku, widzę jego zachęcający rumieniec, filuterny koniuszek gałązki, jest umyte i świeże jak ja, jego delikatna, gładka skórka błyszczy i kusi, gdy zmrużę oczy i zapalę świece, potrafię odczuć rozkosz na widok jabłka.
Mam ochotę położyć się na rozgrzanej łące, pod gołym niebem i wdychać, wdychać suche, sierpniowe zapachy, mając pod powiekami tę szczególną czerwień, którą stwarza wakacyjne słońce przepuszczone przez pryzmat powiek. Tylko że jest bezgwiezdna, marcowa noc i mogę najwyżej stanąć na balkonie i zapalić papierosa. Tylko że nie palę.

Studia

Brak komentarzy

Uporałam się z najcięższym (jak do tej pory) przedmiotem. Moja cudowna, elitarna grupa kierunkowa odwala go w jeden semestr, zamiast w dwa, co jest dodatkową atrakcją. Okupiłam moją ocenę krwią. Nieprzespanymi nocami, dwunastkami (dwunastoma siedzącymi godzinami) w bibliotece uniwersyteckiej, zbiorową paniką. Nie uczyłam się tak nawet do matury rozszerzonej z historii.
Teraz, w drugim semestrze, jestem dziwnie rozluźniona, jak po reakcji insulinowej. Odhaczam pozycje na długiej liście książek, na które miałam ochotę od października, ale brakowało mi na nie czasu.
Studiuję, pracuję – dostałam w pracy stałą podwyżkę, za to, że trzymam się w niej już od roku. Jestem przyzwyczajona do własnej, regularnej pensji. Pewnie nawet w przyszłym roku akademickim, gdy dojdzie mi więcej przedmiotów (i zajęć ze specjalizacji zawodowej), nie zrezygnuję z pracy.
Obserwuję samą siebie, jak kursuję pomiędzy uniwerkiem, galerią handlową i sypialnią. Czuję, jakby mnie samej nie było – jakby moja świadomość odpływała i wracała, w zależności od pogody lub apetytu.

Przezimowałam ostatnie miesiące. Dużo się uczyłam, dużo myślałam, dużo odpoczywałam – mało marzyłam, trwałam bez świadomości.
To wielkie miasto budzi się wraz ze mną – po pierwszych, szarych dniach, nadciąga wiosna. Nie widać jej, nie czuć zapachu świeżej ziemi, ale wiem, że jest już blisko. Wiem: wciąż się bałam. Dziś mam przy sobie spokój, uśmiech (również w środku). Wszyscy uważają mnie za niezmiennie szczęśliwą, pewną siebie, a ja dopiero tych cech (stanów) nabywam.
Mam nieporównanie więcej wolnego czasu, z którym nie wiem co robić. Pozostaje więcej uczenia się wierszy na pamięć, pogaduszek przez telefon, wieczornych wyjść.

Jesień

Brak komentarzy

Listopad ma w sobie brunatną nutę, na którą chce mi się śpiewać i pisać poezję. Choćbym nie chciała, rezonuję smutkiem. Gdy idę, w środku kołyszę się od żalu, mimo że moimi kaloszami dzielnie następuję na najstraszniejsze z kałuży.
Codziennie rano, przed wyjściem, owijam się szalem i wypycham ciasno torbę, jak gdybym nie miała wrócić – jakbym musiała w niej się zmieścić sama i w środku długo, długo spać.

Codziennie ranię moją Mamę. Nie mogę jej wybaczyć (tego się nie da wybaczyć), mimo to wiem, że nie zasługuje na moje słowa, na kapryśne miny. Ze wszystkich ją kocham najmocniej, a traktuję najgorzej. Nawet, gdy z litości się uśmiecham (wiem, jaka jest nieszczęśliwa). Nie potrafi się przyznać do błędu, póki wreszcie nie pęknie pod ciężarem moich oskarżeń i się nie rozpłacze. Wtedy ja, ta, która wygrała, po stokroć gasnę, wysycham, zamieram, krwawię.
Czasem wyobrażam sobie szczęśliwe zakończenie.

Wakacje

Brak komentarzy

Dziś, gdy wszystko dokoła powoli stygnie, staram się wyłuskać najmilsze chwile. Zielone spacery, długie wieczory, otwarte na oścież okna. Myślę o wschodach i zachodach słońca nad morzem, o zapachu słońca na rozgrzanych, tatrzańskich skałach. Dużo odpoczęłam, dużo się nasłuchałam i dużo wypiłam wódki z nowo poznanymi ludźmi.
Jestem z Tomkiem tak długo, że nie pamiętam, jaka byłam wcześniej, bez niego. Czuję, jakbym od trzech lat nie doznała samotności, głodu, bezradności. Uspokaja mnie, gdy myślę, że on również nie potrafiłby odejść i suchy fakt, że będzie miesięcznie zarabiał więcej, niż moja Matka przez pół roku. Chociaż często narzekam na to, ile wydaje na sprzęt i na jego ustawiczny brak czasu, to cieszę się z jego pasji. I czuję się ważna, ponieważ na mnie nigdy nie oszczędza ani jednego, ani drugiego.
Przez moje przejrzyste zadowolenie prześwituje smutna refleksja, że zasłużyłam sobie na nie. Okupiłam moją bajkową miłość zniszczonym dzieciństwem, dożywotnią tęsknotą za prawdziwą rodziną, najcięższym bólem. Od teraz żyję w równowadze.

   Głośną muzyką płoszę ciężkie chmury. Wszystko mi się udaje: studia, praca, seks, wakacje. Wszystkie zgrubienia i wgniecenia prostują się, stają transparentne – śmierć Andrzeja, dystans ojca, guz mózgu czteroletniego Piotrusia, borelioza Bogny, depresja Daniela, schizofrenia babci, technikum hotelarskie Michała. Chcę być podporą dla mojej rodziny, a ograniczam się do trzymania na nogach. Młodszym stawiają mnie za wzór – mnie, z moją 94% średnią z matur, z moim trzyletnim już związkiem z Tomkiem, z moją samodzielnością, moją pracą i smukłą figurą.
Czuję się jak królewna w przyciasnych, złoconych trzewikach. Czy mam prawo narzekać, gdy przypadają mi w udziale same sukcesy, a to moi najbliżsi potrzebują pomocy?
Zastanawiam się, czy nie wolałabym być znowu dzieckiem, zalążkiem, piastującym pod poduszką książkę o skrzatach. Teraz czuję, że mój dwudziestoletni staż zobowiązuje, że mam dług do spłacenia – zwrócenie tego ogromu troskliwości, jakim do tej pory obdarzano mnie.


  • RSS